mount kimbie, czyli londyński duet Dominic Maker i Kai Campos oddali niedawno w nasze ręce swój drugi album zapowiadany wcześniej kuszącym singlem 'made to stray'
'cold spring fault less youth' pobrzmiewa od wczoraj w moich słuchawkach i głośnikach. ogrzewa zimną wiosnę i suszy kałuże. nienachalne i miłe dźwięki, ciekawe kombinacje, świeże rytmy. bardzo na tak.
Nagraniem live zarejestrowanym w radio KEXP Bonobo sprawił, że z jeszcze większą niecierpliwością oczekuję 14 czerwca!
The North Borders to jeden z tych albumów, które wymagają lekkiego oswojenia. Im dłużej go słucham, tym bardziej lubię.
The North Borders śmiało można nazwać kontynuacją Black Sands. Wokalny i dźwiękowy charakter obydwu albumów jest bowiem podobny, choć nie zabrakło i nieco świeżości. Piszę o kontynuacji, bo Bonobo nie jest artystą, który potrzebuje jakiegokolwiek kroku naprzód, niczego nie musi już udowadniać. Jest jednak w jego dźwiękach pewna niekryta szczerość. Prawdziwość, którą można przykryć się jak ciepłym kocem w porę taką, jak ta. Od tego nigdy nie powinien odchodzić, zatem oby kolejne jego albumy, tak jak The North Borders, były naturalną kontynuacją dzieła, które zaczął.
jakkolwiek patetycznie wygląda tytuł, chodzi oczywiście o grupę Sigur Rós. jej frontman o - co tu dużo mówić - nietuzinkowym głosie obchodzi dziś urodziny. jeśli mogłabym życzyć Jónsiemu czegokolwiek, to na pewno tej samej (albo jeszcze większej) ilości emocji, co dotychczas. bez nich nie ma człowieka, a bez tego konkretnie człowieka, nie byłoby całego dorobku Sigur Rós.
do ich muzyki żywię szczególny sentyment. to mniej więcej rok 2008. oglądam film Heima. synteza obrazów i dźwięków powoduje, że nie potrafię (oraz - pomimo obecności większej ilości osób wokół mnie - wcale nie chcę) powstrzymać łez. czuję, że coś we mnie pęka, że następuje jakiś istotny moment, że nie zapomnę nigdy ani Islandii z tych obrazów ani muzyki Sigur Rós.
potwierdzeniem tego wszystkiego może być fakt, że Sigur Rós towarzyszy mi po dziś dzień ciągle tak samo ruszając i wzruszając. a Islandia to dla mnie coś magicznego. coś, czego częścią pragnę stać się kiedyś chociaż na krótki czas.
więcej nie napiszę, bo chodzi tu o coś zupełnie innego...
record store day obchodzony w trzecią sobotę kwietnia to dzień niezależnych sklepów płytowych i wydawców muzyki. ta globalna inicjatywa, która narodziła się w roku 2007 dzięki staraniom grupy pasjonatów ma być hołdem i celebracją winylowego nośnika jako fundamentu kultury muzycznej.
to święto muzyki w najczystszym wydaniu. co roku z okazji record store day mają miejsce wydarzenia łączące artystów, promotorów i dystrybutorów, bez względu na reprezentowane gatunki muzyczne.
mogę sobie wyobrazić jak pięknie byłoby spędzić dzisiejszy dzień na którymś z eventów z okazji record store day, na przykład tutaj, co gorąco wam polecam! jako, że sama nie mam ku temu możliwości, celebrować będę dziś u siebie przesłuchując winylowe nowości, które pojawiły się ostatnio w moim domu.
the impossible project zachęca z kolei do celebrowania w pełni tego analogowego święta. ja - jako fanka wszystkiego, co analogowe, zarówno nośników muzyki jak i sprzętu fotograficznego - poddaję się temu w pełni. na pewno złapię dziś do ręki aparat, by wypstrykać do końca rolkę.
Photo by Justin Molina
a przy okazji - to doskonały dzień na sprawienie sobie przyjemności muzycznym zakupem. więc zamiast przyglądać się z niecierpliwością ładującemu się paskowi "download" kupcie dziś jakąś dobrą płytę w sklepie muzycznym. fajne uczucie, serio.