niedziela, 22 września 2013

hubie davison




choć na razie zaprezentował niewiele, to dotychczasowe dokonania są wystarczająco obiecujące by już dziś stwierdzić, że na działania tego pana z całą pewnością warto ostrzyć zęby.

pochodzący z irlandii, a mieszkający w londynie hubie davison nie ukrywa się pod pseudonimem. 
małe porcje wokalnych sampli skąpane w zupełnie rozważnej mieszance syntezatorów, a to wszystko podparte melodyjnym basem - "heaven" to jedynie przedsmak tego, co w zanadrzu ma ten pan. w oczekiwaniu na całość EPki cieszcie uszy tym:





sobota, 21 września 2013

mountain range - adjustments EP



bad panda records zaatakowało z początkiem września EPką mountain range mówiącego na swój temat tyle:

"just a handfull of old instruments, a laptop, a milion awful ideas and a few acceptable ones, and endless cups of tea"


ładnie płynie, warto nastawić ucha.




sobota, 14 września 2013

coldair - whose blood





o twórczości Tobiasza Bilińskiego odpowiedzialnego za projekt coldair można mówić wiele i to w samych ciepłych słowach - jest autentyczna, emocjonalna, intymna, oniryczna i ulotna. ale w tej chwili warto wspomnieć o najważniejszym - nowe wydawnictwo niczym nie odstając od poprzednich broni tych pięciu słów będących szeregiem samogłosek AEIOU. broni jedenastoma spójnymi (choć niekoniecznie spójnymi emocjonalnie) kompozycjami. są momenty przy których pojawia się dreszcz (już na samym początku "whose blood". potem podobna atmosfera powtarza się w "i fear death"), są też radosne, są wreszcie i melancholijne (między innymi jeden z moich dwóch faworytów całego albumu - "wraith"). są i takie, którym mówię "wymiękam..." i tu na myśli mam mojego drugiego faworyta - utwór "safe & sound".

dłużej przekonywać nie będę, więcej grzechów nie pamiętam, ale jednym słowem... "whose blood" to po prostu piękna płyta. płyta z okładką, którą ma się ochotę oprawić w ramkę i powiesić na ścianie. tłuczcie więc swoje świnki-skarbonki, wygrzebujcie złotówki i klik! lub przybywajcie w najbliższy czwartek do warszawskiego klubu powiększenie na pierwszy koncert coldair promujący nowy materiał (gdzie również będziecie mogli nabyć namacalną wersję albumu).




całości możecie przysłuchać się tutaj (klik!)


wtorek, 20 sierpnia 2013

oOoOO - without your love



miesiące wakacyjne jak zwykle obfite we wrażenia słuchowe (mając na myśli zarówno nowe odkrycia, jak i zatrzęsienie koncertów). z podsumowaniem festiwali, które przyniósł lipiec i sierpień poczekamy do zakończenia taurona, który już za 3 (!) dni. a tymczasem sumienie kazało wrócić mi na ziemię i zacząć nadrabiać zaległości albumowe. 


na pierwszy ogień idzie wykonawca z san francisco. wykonawca, który w pierwszej kolejności zastanowił nad fenomenem wybierania w ciągu ostatnich lat przez artystów pseudonimów typu xxyyxx, xxxy, xyz. 

oOoOO. ale oOoOO co chodzi? ... no ale chodzi przecież o muzykę. christopher dexter greenspan przyznaje się podobno do fascynacji burialem, zatem odpuściłam sobie analizowanie zagadkowego pseudonimu i przeszłam do dźwięków.

witch houseowy klimat przyprawia o dreszcze i budzi niepokój w głowie od pierwszego aż do ostatniego dźwięku na albumie. "without your love" skosztowane i dodane do playlisty na jesień.






poniedziałek, 8 lipca 2013

elektronika warstwowa


londyńska ninja tune wciąż dostarcza słuchaczom nowych idoli w świecie muzyki elektronicznej. kolejnymi artystami, którzy znaleźli schronienie pod skrzydłami wytwórni Matta Blacka i Jonathana Moore'a, są Richard Roberts i Andy Harber tworzący jako letherette. pochodzący z Wolverhampton koledzy z dzieciństwa błyskotliwie łączą elementy oldschoolowego hip-hopu oraz brytyjskiej szkoły trip-hopu i house'u. ich debiutancki longplay letherette brzmi tak jakby spotkali się na nim star slinger, bonobo i disclosure. album mógłby śmiało uchodzić za składankę złożoną z utworów prezentujących najświeższe trendy w każdym z wcześniej wspomnianych nurtów. 

pozycja obowiązkowa dla fanów bibio (swoją drogą dobrego znajomego zespołu, duet Roberts-Harber zrobił remix jego lovers' carvings), j dilla i lapaluxa.


sobota, 6 lipca 2013

pazes "sleeping dolls"

 zgodnie z moją zapowiedzią (klik) gniazdo wytwórni time no place powiększyło się ostatnio o bardzo dobre wydawnictwo. powiem więcej - o wydawnictwo fe-no-me-nal-ne. 
mowa o sleeping dolls, czyli EPce pazesa, młodego producenta z são paulo. słowa "fenomen" nie używam przypadkiem. na sześć utworów - sześć zaskoczeń. 

opisałam wcześniej frozen jako pięciominutowy szkielet równomiernego rytmu, po którym wspinają się migotliwe dźwięki syntezatorów. nie inaczej jest w przypadku każdego kolejnego kawałka tej EPki. całość mocno dubowa, każdy z utworów wpada w serce pulsując swoim własnym rytmem. nieprawdopodobny ładunek emocjonalny zawarty w tych sześciu kompozycjach wbija się równomiernie w samo dno człowieka, swoją drogę zaczynając w przewodzie słuchowym. 



i tak słuchając po raz pierwszy burn out nawet nie zauważyłam kiedy cała podrygując dałam się całkowicie wciągnąć w energiczny rytm.

o ile w przypadku frozen wokal biblo zasiadał na szczycie całego rytmiczno-basowego szkieletu, o tyle w innych odgrywa rolę drugoplanową. rolę jednak niemniej ważną - senną i fantastycznie mglistą. szczyt wokalnej senności biblo osiąga w white caps, które wyprowadza słuchacza spokojnie z intensywnej, rytmicznej hipnozy trwającej ponad 20 minut. 


wydaniem sleeping dolls pazes zaspokoił moją potrzebę odkrycia świeżości, która od pierwszych sekund pochłonie mnie totalnie. zajął tym samym najwyższą pozycję wśród tegorocznych nowych wrażeń słuchowych.

chłońcie tego chłopaka, żałować nie będziecie.



środa, 3 lipca 2013

islandzka równowaga sił

wierzę, że w życiu każdego człowieka przychodzi moment na sigur rós.
siła islandzkiego brzmienia pozwala na pokonanie wszelkich słabości. jednak dwa ostatnie albumy zespołu tej siły miały jakby mniej. sporego strachu napędził mi także solowy wypad jónsiego. patos, który jest porywający, a nie sztucznie nadmuchany, został rozrzedzony niepotrzebnymi eksperymentami z post-rockową strukturą utworów. brakowało przestrzenności dźwięku, który z równą mocą uderzał w każdy zakamarek pokoju. brzmienie stało się skromniejsze, cichsze. ta
k jakby muzycy oszczędzali instrumenty.
kveikur to z jednej strony powrót do korzeni, z drugiej odpowiedź na obecne trendy.
sigur rós znów wprawia powietrze w drganie z ogromną siłą. patos jest zgrabnie przemycany za ścianą dziesiątek dźwięków. utwory jednak nie uginają się pod ciężarem przesterowanych riffów, moc kompozycji jest równo rozłożona na cały album. nie brakuje ładunków wybuchowych przypominających sæglópur (brennisteinn, kveikur, rafstraumur), balladowego wyhamowania w stylu hoppípolla (var) czy współczesnego alternatywnego brzmienia (ísjaki). 
kveikur to najbardziej zrównoważony album sigur rós. islandczycy wydobyli wielką siłę ze swoich instrumentów i połączyli ją ze zwiewnymi melodiami znad północnej części atlantyku w najlepiej znany sobie sposób. nie jest to jednak płyta hermetycznie zamknięta – muzycy śmiało korzystają z obecnych trendów, wplątują do utworów sporo elektroniki, nadają niektórym kawałkom nieco popowego szlifu. wszystko to jest wciąż urzekająco piękne, nieprawdopodobne i jedyne w swoim rodzaju. tak jak sam sigur rós.